|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Łódki, czyli zabawa w turystów
Po dwóch latach mieszkania w Amsterdamie, skusiłam sie na czysto turystyczną przyjemność - przejażdżkę tramwajem wodnym po kanałach i kawkę w barku w samym turystycznym centrum. Cena przejażdzki była zdecydowanie turystyczna... nic to, najwyżej będę chodzić głodna, bo w wakacje w portfelu posucha... Kanałkowanie - łódkowanie w pojeździe przypominającym szklarnię, wcale nie takie złe. Pewne rzeczy, obok których zwyczajnie sie przechodzi ulicą, stają sie bardziej widoczne. I mocno, mocno uderza fakt, że architektura starego Amsterdamu została zaplanowana do transportu właśnie kanałami. Miejsca, do których dostanie się transportem lądowym trwa godzinami i mocno opłotkami, są osiągalne kanałami w kwadrans. Z drugiej strony - w sumie smiesznie. Dodajmy, pretekstem był fakt, że na łódkowanie wybierała się grupa ze szkoły językowej mojego partnera. Grupa osobliwie przemieszana - 'nowi' bliskowschodni i zamknięty krąg 'Brytoli', językowa recydywa, mieszkańcy Amsterdamu od lat. Po pierwsze... bardzo anypedagogicznie się zrobiło, w grupie zapanował terror angielszczyzny. Po drugie - z owymi Angolami wpadłam w taką spiralę ciężkich żartów, że mój TŻ przestał nadążać... Akurat na humor z gatunku Monty Pythona mamy różną tolerancję... a żarty półsłówkowo-sytuacyjne wymagają uważności w podglądaniu. Tak też zdarzyły się sytuacje 'O co cho...???'. W zalewie młodoholenderskiej epigonii niby-amerykańskiego stylu takie spotkania z 'Angolami', o zgrozo, dają sporo oddechu. Liczą się nie głupie uśmiechujki, a rzeczywisty, uważny dialog, bo taki musi być, żeby było śmiesznie. Nawet, jeśli ma być spontanicznie i bez jakiejś konkretnej treści. I wreszcie mam wrażenie, że słowa wypowiadane i rozumiane mają to samo znaczenie dla wszystkich uczestników dialogu.
Zdjęcia, jak towar w sklepach za komuny, będą, kiedy będą. O ile w ogóle będą.
niedziela, 14 czerwca 2009
Mikrofalkowe ciasto w wersji orzechowej
Pokombinowałam, żeby sprawdzic, czy to zawsze musi być czekoladowe... nie musi. Orzechowe robi się tak: 2 łyżki masła orzechowego roztarłam z 3 łyżkami oleju, 4 łyżkami brązowego cukru, łyżeczka proszku do pieczenia i jajkiem. Dorzuciłam 4 łyżki mąki, rozmieszałam na jednolita masę i chlapnęłam 3 łyżki mleka. Doprawiłam imbirem i łyżeczką ostrej papryki, wymieszałam, piekło się cuś ponad 3 minuty na maksymalnej mocy.
piątek, 05 czerwca 2009
W akcie desperacji...
Obiło mi się o uszy, że w mikrofalce da się upiec ciasto...Zachciało mi się czegoś słodkiego, a zlezienie do Alberta na dół po kawałek babki piaskowej stanowiło dla mnie wyczyn... Klik, klik, klik... pogóglałam, i znalazłam... A znalazłszy, postanowiłam zaeksperymentować. Błyskawiczne ciasto robi się z 1 jajka, 3 mocno czubatych łyżek mąki (ja użyłam pełnoziarnistej), łyżeczki proszku do pieczenia, 2 - 3 niepełnych łyżek cukru (ja mam w domu tylko demerarę), 3 łyżek mleka, 3 łyżek oliwy i 2 - 3 łyżek kakao (miałam 'Nesquika', przy prawdziwym kakao, którego powinno być sporo, trzeba odpowiednio dostosować ilość cukru). To wszystko uciera się mątewką na gładką masę w misce żaroodpornej (średnica jakieś 15 cm), i w tej samej misce wstawia się do mikrofalki na jakieś 4 minuty (moc ok. 800 W).
niedziela, 31 maja 2009
Baba mnie...
Miały być placki ziemniaczane, a skonczyło się babą. I to z rybą! Do masy plackowej (z 3 dużych kartofli, kawałka tartej marchwi i dwóch średnich cebul, plus pół pęczka koperku, przyprawy, w tym masa czosnku i jajko) dorzuciłam dwie rozgniecione puszki sardynek w oleju i jajko ekstra, trochę zagęściłam mąką z otrębami, i przełożyłam do prodiżyka. Jak zawartość prodiżyka się piekła (koło godzinki), z wcześniej namoczonych podgrzybków zmajstrowałam sos: zeszkliłam dwie pokrojone w kostkę cebule, dorzuciłam drobno startą marcheweczkę (kupiłam cały kilogram, i nie mam chęci wyrzucać do śmieci, więc marcheweczka jest wszędzie...), przyprawy, kostkę bulionową i pokrojone podgrzybki, razem z wodą w której się moczyły (wodę celem pozbycia się piachu i trawek przepuszczamy wcześniej przez filtr do kawy, zlewamy ostrożnie górę, samo dno można sobie darować), chlapłam 1/4 szklanki mleka i zostawiłam na maleńkim gazie do popyrkania. Wyjedliśmy całą blaszkę, dobrze, że ciasta i sosu grzybowego zostało jeszcze na jutro. Na szybko...
Po pierwsze, jest lato... 'holenderskie lato'? Nawet udało mi sie mocniej przypiec ramiona piffkując w parku. Po drugie - w środę i w czwartek składałam egzamin państwowy z niderlandzkiego, tzw. Staatsexamen NT2, 'dwójeczkę', czyli niby dla białych kołnierzyków. Nie wiem, czy domowy nauczyciel języka to biały kołnierzyk - wysiłek pana miotłologa stosowanego wydaje się mneijszy, biorąc pod uwagę zawartość mojej torby, której masa nie spada poniżej 5 kg. Tja, cymes jest taki, że klopapier, jak za 'dobrych czasów' w Polsce, był towarem mocno deficytowym, a książka skarg i wniosków okazała się bytem równie wirtualnym, co papier toaletowy. Mydło w płynie również ktoś zjadł.
czwartek, 21 maja 2009
środa, 20 maja 2009
Fryzjernia
Odważyłam się wrócic do 'starej' fryzury - w pewnym sensie. Chodzi o to, żeby przez jakis czas było nieupierdliwe, dało się zawiązać po wstaniu z łóżka i nie przeszkadzać przez cały dzień. Szczególnie zapragnęłam czegos takiego zauważywszy, że najchętniej włosy zwijam, spinam klamerką i o nich zapominam do końca dnia. W zastępstwie dredów będą warkociołki, zobaczymy, co zaprzyjaźniona wiedźma wyczaruje. Poprzednie robiłam sama, nosiłam z tydzień, i wyglądały tak: Po ogromie dredów mało tego było, więc postanowiłam na ryneczku dokupić włosów. Ryneczek, w przeciwieństwie do rynku organów do transplantacji, jest legalny i mieści się w sklepie, a ceny nie wymagają zarobków w milionach. Właścicielem sklepu jest Hindus, i od czasu do czasu cuś w tym sklepie kupuję. Jak kupowałam swój płyn do trwałej, to pan sie gorszył, i mnie do fryzjera wysyłał, żeby 'biały' fryzjer mi włosy nakręcił. A bzdura... Dzisiaj przeszłam obok wieszaczków z włosiem i dredem różnego gatunku i rodzaju, i pana się grzecznie dopytałam, co i jak. Pan mi na to: No białą Holenderką to Pani nie jest, to skąd? Ja na to: A zgaduj Pan... 'No, Brytania chyba, Walia może...' Ja na to - 'No, powiedzmy, ale ja tu po włosy przyszłam, a nie na przesłuchanie'. Pan na to... 'ale ja tylko naturalne mam takie' Tja, sklep pełen włosów, a Pan nic dla mnie nie ma... bo naturalnych absolutnie nie chcę. Syntetyczne to paskudztwo, dobre na 3 - 4 dni, a potem plącze się i filcuje. Zaraz, zaraz... ja wiem... Dostałam paczuszkę, otworzyłam... no, ładne to, w dotyku prawie jak moje jak nie położę odżywki... ale do jasnej cholery, proste włosy jasny szatyn to nie to, co ja chcę... Takie to ja mogę za darmo z wałków mieć, i czasem robię. I... to były 'przyszywajki'. Przyszywajki polegają na tym, że na głowie zaplata się kilkanaście dobieranych, albo jeden długi w spiralę, i do niego przyszywa sie takie cudo, a potem obcina i modeluje. W końcu popatrzyłam na dziewczynę obok, i mruknęłam 'Pierwszy raz robie warkoczyki z doplatanymi włosami, ale tak to nigdy nie wyglądało... to cudo mi się z naturalnych wyślizgnie...'. Zlitowała się nade mną kobieta siedząca w głębi, która wpadła do znajomej-fryzjerki na ploty (takie sklepy mają tez zwykle swoje warkoczykownie). Brzmiała trochę jak Ghanijka, zapytała, co chcę - warkoczyki - francuziki z luźnym końcem. To do francuzików to takie: wyciągnęła z kosza włosy w pęczku - dwie do trzech paczek. I jeszcze te są dobre... tu pokazała całą kolekcję na ścianie - i mozna je umyć delikatnie, dobrze się trzymaja i w ogóle. Złapała mnie za loczka, i jeszcze dopowiedziała - powinny być podobne w strukturze do własnych, wtedy trzymają się najlepiej. Decyzja jest kwestią koloru... Pani w te same włosy wyposażyła jeszcze dwie inne klientki, którym właściciel sklepu nie do końca potrafił podpowiedzieć wybór... Pan ponoć dał mi rabat, chociaż z zeznań innych wynika, że doliczył sobie po 1 euro na paczce... Pal sześć, przynajmniej wiem, co wybrać. Teraz poradzę sobie we fryzjerni w getcie, gdzie zwykle raz w miesiącu jeździmy po poważniejsze zakupy, a włosy są zdecydowanie tańsze. Zobaczę, co powie 'wiedźma'... Swoją drogą, sprawdziło sie to, co mówiłam - biała dziewczyna sama w 'czarnym' sklepie, jak nie wie, czego chce, to zostawi 3 razy więcej kasy, niż potrzeba. Trzeba wziąć ze sobą jakiegoś 'lokalsa', inaczej sprawa się komplikuje, a portfel uszczupla.
poniedziałek, 18 maja 2009
Studenckie badania
Co jakiś czas dostaje privy na różnych portalach społecznościowych, żeby wziąć udział w jakichś studenckich badaniach, jako morska świnka (królik doświadczalny). Z reguły są to jacyś socjolodzy in spe. Zwykle z samej ciekawości się godzę, ale... - jak ktoś wysyła 'anonimowe' ankiety via e-mail, to odpowiedzi juz nie są anonimowe, z czego powinien zdawać sobie sprawę. - studenteria nie wie, że anonimowe ankiety można załączyc w postaci linka do odpowiedniej studenckiej strony z modułem do konstruowania ankiet. - najbardziej lubię 'badania z tezą', gdzie metodologia leży. Oczywiście wyprowadzenie wniosków z ankiety otwartej nie jest łatwe, więc dostajemy ankietę z możliwościami 'a, b, c', która daje wyniki bardzo czarno-białe. - ankietowanego pakuje się z góry do jakiejś, bardzo określonej grupy targetowej, możliwości 'inne' nie ma. - bardzo zastanawiam się, czy opiekunowie tych prac w ogóle oglądają gotową ankietę, i czy autorzy obecnie czytają więcej niż jeden artykuł o metodologii badań. - delikwent pisze mi 'jestem studentem i robię badanie, czy możesz wziąć udział w ankiecie?' po pierwsze przedstawiamy się: jestem studentem określonego roku, określonego kierunku i określonej uczelni; po drugie: badanie studenckie poniżej poziomu doktoranta robi się pod czyimś kierunkiem, pracę też pisze się pod czyimś kierunkiem; po trzecie może ja konserwa jestem, wiem, że w Internecie się 'tyka', ale w ankietach ewidentnie powinna być forma 'Pan/Pani', o ile są skierowane do ludzi powyżej 16 roku życia; tak - 'Panujemy' już licealistów, na wszelki wypadek. (ja 'paniuję' już nawet ekspedientki w sklepie, w moim wieku lub młodsze) Mój warsztat ankietera wyglądał tak: po pierwsze, mieliśmy jedne zajęcia tylko o ankietach (kurs socjolingwistyki) - w ramach przygotowania mielismy parę prostych artykułow, w tym pamiętnego Labova z Nowego Jorku (dom towarowy, stratyfikacja społeczna wymowy niektórych samogłosek). Mielismy podać pomysł na badanie, pomysły zostały troszkę przedyskutowane w grupie i uładzone Potem zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę - zrobić krótką ankietę i ją przeprowadzić. Niektórzy robili eksperyment (np. odbieranie telefonu w sposób nie odpowiadajacy lokalnemu zwyczajowi), niektórzy, jak ja, szli ankietować (moja ankieta była otwarta). Warsztat zamknął się: przygotowaniem raportu, pokazaniem materiału (z okazaniem metodologii włącznie), dyskusją 'co było nie tak, co doczytać, co zmienić'. Krótkie wprowadzenie w świat badań na ludziach odbyło się sprawnie i owocnie. 'Etyka i etykieta' zajęły ważną rolę. Ja robiłam ankietę 'łażoną po domach' na temat lekki, ale poważny. Moja próba nie była anonimowa, obiecałam też, że prześlę wyniki mojej ankiety zainteresowanym - i jakoś wtedy przyjaźniejsi sie stawali.
Jest jeszcze kwestia tytułu badań oficjalnego, a podawanego ankietowanym. Podręczniki metodologii stanowią - albo nie mówic nic, albo wymyślić temat-maskę. "Maska" musi byc poważna, ale sensowna. Pomysł lepiej skonsultować z opiekunem pracy.
sobota, 16 maja 2009
Spolszczone Święto Królowej w Warszawie
Znalazłam informacje przed chwilą - festyn odbędzie sie w niedziele 17 maja przy Kubusia Puchatka (naprzeciwko Ministerstwa Finansów - tuż przy Nowym Świecie/Świętokrzyskiej). info na: Reggaemaniacy - parareggae'owy koncert jest również w planach. Rash-rash-rash!
Przy całej kreatywności kuchennej skończyły mi się pomysły. Najpierw 'kurczaka więcej nie jem' - ok, mnie to na rękę, jestem bezmięsna od jakichś 10 lat, bez problemów zdrowotnych, i bezpieczną dietę jarską umiem złożyć. O ile... nie jest dietą wegańską. W te nie wierzę i nie propaguję. Zastępniki mięsa były u mnie głównie mleczne (oj, sztuczne mięso uważam za bezsens - nie jem, bo nie lubię, to po co mi sojowe świństwo mięsopodobne?), potrafiłam zrobić nie-do-odróżnienia pasztet z fasoli jako eksces... z lenistwa nie nauczyłam się gotować bez jajek, natomiast umiałam - prawie bez soli, i bez 'maggi'. Co do samego mleka... zgodnie z zasadą 'Kto pije mleko, ten rzyga daleko' używałam go jako półproduktu i przyprawy do kawy. Kożuch na mleku uważam za największe paskudztwo, jakie tylko można sobie wymyślić. Obsługiwałam wyłącznie 'kwaśne' produkty. Heeeh? Z 'bielizny' najpierw była biała mąka - zniknęła bezpowrotnie, razem z przetworami. Nic-nic-nic! Bez żalu, pełnoziarniste mączne produkty są bardziej wyraziste w smaku i bogatsze w składniki odżywcze. Koniec-konców ostał się jeden rodzaj miejscowego chleba, z jednego sklepu i czasami jakiś uważny eksces. Mąkę żytnią muszę chyba sprowadzić z Polski. W Warszawie mam w szufladzie 5 różnych rodzajów mąki, których używam zależnie od koncepcji. Biała pszenna jest na dnie szuflady. Biały ryż - nie wchodzi w grę, kartofle - ostrożnie, jak się okazało. Został brązowy ryż, kasze i makaron pełnoziarnisty (żytni byłby lepszy, ale tutaj tylko w sklepach dla psów sprzedają). Pum-pum-pum! Nie, mleczne zastępniki musiały ze wspólnej kuchni zniknąć. Jako nie-lekarz mogę sobie gdybać i podejrzewać, a nasz Dr Paracetamol jedynie potrafi przypisywać coraz mocniejsze środki przeczyszczające, chociaż podejrzewam, że dokładniejsze badanie krwi wyjaśniłoby wszelkie wątpliwości. Dziwne, bo jogurciki powinny byc nieszkodliwe. Ok, spróbuję z kozimi. W innym wypadku wchodzą w grę jedynie pseudojogurty sojowe. Rash-rash-rash! Huk wie z czego... Razem z ogromną opuchlizną na całym ciele. Niepanikarz ze mnie, ale jak ktoś w oczach puchnie, to to nie jest bezpieczne. Dr Paracetamol przyjął w trybie pilnym, klasycznego wywiadu nie zrobił (czy jadł Pan wczoraj coś nietypowego/po raz pierwszy od dawna?) i przepisał jakieś antyhistaminy. Poza tym stwierdził 'na jakieś jedzenie jest Pan uczulony - proszę obserwować i nosić tabletki przy sobie'. Ja strzelam, że albo to zaostrzona laktoza, albo kokos (obżarlim się białą czekoladą z wiórkami), albo napój ze słodzikiem (który też jako 'etykietoczytacz' wycinam, albo jem bez cukru, albo z cukrem trzcinowym, a przemysłowe napoje wydają mi się bezpieczniejsze z cukrem). Fajnie, mleczko kokosowe jest rewelacyjnym naturalnym zastępnikiem, jeżeli chodzi o konsystencję i właściwości, a smak zmienia pozytywnie i ciekawie... Od wczoraj jemy ten sam nudny sos z pełnoziarnistymi kluskami, kotleciki sojowe (te o ile nie są solone, nie wyrządzają za dużo szkód) i marchewkę z jabłuszkiem (uszami mi wychodzi, ale surowe pomidorki, ogóreczki i papryczki muszą na parę dni wylecieć z diety). Jak macie pomysły, co ugotować bez mleka, niskoglutenowego, niskojajecznego, bez ryżu, średnio na kartoflach itd... to zapraszam w komentarzach. Aha, biała ryba, najneutralniejsze dorsze czy mintaje mogą być. Byle nie smażone.
|